piątek, 28 września 2018

Jak budować zrównoważoną garderobę

Bardzo cieszy mnie Wasz odbiór mojego poprzedniego posta i wszystkie komentarze i prywatne wiadomości! Widząc Wasze zainteresowanie poruszonym przeze mnie tematem pomyślałam, że mogłabym porwać się na serię wpisów o moich próbach budowania zrównoważonej garderoby i zasadach im towarzyszących. Będzie trochę ogólnie, trochę o dziewiarstwie ręcznym i o tym jak staram się to wszystko ze sobą połączyć w sensowną całość. Temat zahacza niebezpiecznie o generalnie rozważania o modzie i stylu, wydaje mi się jednak że nie powinnyśmy rozgraniczać tematu budowania garderoby jako takiej i dziewiarstwa - nasze udziergi są, tudzież powinny być, integralną częścią naszej szafy i naszego codziennego stylu, i jako takie powinny być analizowane. 

Od razu na wstępie małe sprostowanie: nie jestem, nie czuję się i nie aspiruję do bycia autorytetem w dziedzinie budowania personalnego stylu czy tak zwaną blogerką modową (a żałuję, bo to bardzo opłacalne zajęcie i dostaje się za darmo ciuszki!). Mimo że wpisy przybiorą formę poradnika, nie jest to ani wyczerpujące ani jedyne właściwe podejście do tematu. Wszystko to co poniżej jest wypadkową moich własnych przemyśleń, czerpania z (ale nie ścisłego podporządkowania się!) koncepcji garderoby w kapsułce (capsule wardrobe), zrównoważonej mody (slow fashion) czy i moich prywatnych, minimalistycznych dążeń. Chciałabym, żeby te wpisy były platformą dla Was, do wymieniania uwag i swoich sposobów na pogodzenie rękodzielniczych zapędów z koncepcją zrównoważonej, przemyślanej szafy.


Sweter Melanie


Bardzo chciałabym zacząć od konkretu i pisać już o bazach i kolorach i przyjrzeć się dzianinie z bliska, obawiam się jednak, że zanim to nastąpi potrzeba odrobiny teorii, do której będę się zresztą potem odnosić. Na dziś zaplanowałam wstęp do budowania zrównoważonej garderoby i zbiór zasad, z których sama korzystam. Dalsze posty będą pojawiać się, mam nadzieję, co tydzień, jednakże jestem ludem pracującym, dotyczą mnie zasady ograniczonego czasu i weny, więc zobaczmy jak to będzie. 


Jak budować zrównoważoną garderobę? 

Poradników i blogów na ten temat jest w internetach cała masa, jednak te najbardziej znane koncepcje były dla mnie zbyt ekstremalne, by przyjąć je w całości. Marie Kondo do mnie nie przemawia, gdyż na samą myśl o rozmawianiu i wyznawaniu uczuć swoim ubraniom ogarniał mnie dziki śmiech, doceniam jednak sam pomysł na to, jak powinno się robić porządki w domu. Podoba mi się idea capsule wardrobe, jednak mam do niej zastrzeżenia czysto zdroworozsądkowe (po co się ograniczać do 10/15 rzeczy tygodniowo?) i praktyczne (jak organizować pranie, żeby one były wszystkie czyste wtedy kiedy potrzebuję?). Przoduje ona jednak jeśli chodzi o maksymalne wykorzystanie tego co mamy w szafie - wszak jeden (odpowiedni!) sweter można wystylizować tak, by stworzyć 5 zupełnie innych zestawów a mając taką łatwość w ubieraniu się, oszczędza się czas i pieniądze. 

Myślę, że do każdego takiego poradnika, jak również poniższej listy, trzeba podejść z głową, wybrać co się komu podoba i nie zamartwiać się punktami, których nie jesteśmy w stanie zrealizować. Uwaga! Jeśli dobrze czujesz się ze sobą, tym co nosisz i jak wygląda twoja szafa a zjawisko porzuconych, nienoszonych udziergów jest ci obce, to nie musisz czytać poniższego poradnika, bo osiągnęłaś to, do czego wiele z nas wciąż dąży :)


1. Punkt pierwszy budowy zrównoważonej garderoby - określ swój styl

Wiem jak to górnolotnie brzmi ale prawda jest taka, że jest to najmniej bolesny ze wszystkich punktów. Otóż własny styl jest jak dupa - każdy ma swój. To co odróżnia jednych od drugich to świadomość tego stylu i praca nad nim. Niektórym - uzdolnionym estetycznie lub artystycznie duszom - przychodzi to z łatwością, inni muszą się mniej lub bardziej namęczyć, jednak on gdzieś tam w Tobie jest i czeka na wydobycie! Musisz go po prostu odnaleźć i nazwać pewne właściwości, jakie rządzą się twoim dotychczasowym stylem ubierania. Żeby to zrobić, warto odpowiedzieć sobie na kilka pytań:

- Jak lubię się czuć i wyglądać?
- Jakiego typu ubrania/ kolory/kroje noszę najczęściej? 
- Jakich ubrań nie lubię nosić i dlaczego?
- Jak wygląda mój standardowy dzień? Jakie ubrania sprawiają, że czuję się dobrze ubrana i komfortowo ze sobą przez cały dzień?

Obeznanych z angielskim odsyłam do bardzo użytecznego poradnika Style Bee - Define your style in 5 simple steps, gdzie znajdziecie bardziej rozwinięte narzędzie i wskazówki do definiowania własnego stylu. 

Bądź ze sobą szczera. Nie wrzucaj szpilek na pierwsze miejsce listy swoich ulubionych ubrań, jeśli na co dzień biegasz między pracą, sklepem i żłobkiem a buty na obcasie miałaś ostatnio na sobie na chrzcinach bratanka 2 lata temu. To codzienne wybory i to jak wyglądamy w naszej 'zwyczajnej' wersji najwięcej mówią o naszym stylu i to swoją codzienną szafę powinnaś skomponować na początku.


2. Nie myl podziwu z inspiracją

Innymi słowy, nie myl tego jak chciałabyś móc wyglądać z tym, jak chciałabyś wyglądać. Każda z nas podlega ograniczeniom własnego ciała i trybu życia jaki prowadzimy. Mamy różne tusze, różne karnacje i różne aktywności rządzą naszym dniem. Nie podążaj ślepo za trendami i nie kopiuj stylu ubierania innych ludzi jeden do jednego. Jeśli spróbujesz, szybko się okaże, że jest po prostu niemożliwe. Nawet jeśli kupisz/wydziergasz identyczne rzeczy, jak osoba, na której się wzorujesz, nie będziesz wyglądać tak samo a możliwe, że gorzej, bo nie dostosowałaś kroju czy koloru ubrań do swojego wyglądu.

Posłużę się przykładem obrazkowym z Ravelry. Na górze zdjęcie 'jak chciałabym móc wyglądać'. Na dole zdjęcie 'jak chciałabym wyglądać' czyli styl, którym się inspiruję i do którego aspiruję. 

@Andrea Mowry

@PetiteKnit

Udziergi Andrei są kwintesencją jej bardzo specyficznego stylu, którym niewiele z nas powinno się tak naprawdę inspirować. Ona sama wygląda fantastycznie w neonowych kolorach i pstrokatych dzianinach ale są one częścią większej całości - odważnej fryzury i makijażu dostosowanego do wieku i rysów twarzy, finezji licznych tatuaży itd. Niewiele kobiet jest w stanie udźwignąć taki styl i nie ma  w tym nic złego, bo nie jesteśmy modelkami domu mody Versace ani hipsterską ranczerką z Nebraski, która zawodowo hoduje kaktusy, tylko normalnymi ludźmi biegającymi za autobusami, żeby zdążyć do swojej pracy biurowej, gdzie ani tak wyglądać nie można, ani się nie powinno. 


3. Zrób porządki w szafie i bezwzględnie pozbądź się rzeczy, w których nie chodzisz

To jest naprawdę ważny punkt w całym planie reanimacji garderoby i wydaje mi się, że jest istotne, by zastosować go do całości naszego stanu posiadania, czyli regularnych ubrań, butów, akcesoriów i naszych własnych udziergów (jak również i włóczek)!

Pozbądź się wszystkiego, co:
- jest zniszczone
- jest za małe (nie, nie schudniesz już do tych spodni, a nawet jeśli, to w nagrodę kupisz sobie nowe!) 
- nie pasuje do ciebie (ma zły kolor, nie pasuje do karnacji, nie pasuje do twojego stylu)
- sprawia ci dyskomfort podczas noszenia (gryzące swetry, koszule za małe w ramionach, cisnące buty) lub sprawia, że wyglądasz niekorzystnie w swoich własnych oczach (pogrubia, powiększa, skraca)

Z doświadczenia wiem, że to jest najtrudniejsze zadanie, szczególnie jeśli ma się wiele rzeczy w fantastycznym stanie, które kiedyś wydziergałyśmy, kupiłyśmy lub dostałyśmy w prezencie, obiektywnie ładnych lecz po prostu nie w naszym stylu. Jeśli masz absolutne opory, by się ich pozbyć, odłóż je na osobną kupkę (do osobnej szuflady, szafy) poza zasięg wzroku i wróć do nich w nowym sezonie, po 6 miesiącach lub po roku. Najprawdopodobniej ani razu ich w tym czasie nie założysz (a może nawet o nich nie pomyślisz?) i łatwiej się będzie rozstać. 

Udziergi, w których nie chodzisz, oddaj osobom, które docenią ręcznie robiony prezent lub przerób (jeśli to możliwe i zasadne). Resztę sprzedaj (rzeczy nowe, w dobrym stanie, unikaty), oddaj lub wyrzuć. Włóczki, których nie wykorzystasz, sprzedaj - będziesz miała pieniądze na nowe ubrania i wełnę, które będą bardziej odpowiadać twoim potrzebom i stylowi. 


4. Odkryj to, co już masz i zbuduj bazę

Zapoznaj się ze stanem swojego posiadania po gruntownych porządkach. Odkryjesz wtedy, że tak naprawdę nic nie straciłaś. Genialna zasada Pareto (80/20) znajduje również odzwierciedlenie w naszych nawykach ubraniowych. Najprawdopodobniej przez 80% czasu nosisz około 20% swoich ubrań, szczególnie jeśli nie masz nawyku przeprowadzania sezonowych porządków w szafie. Teraz będziesz nosić te same ubrania, ale łatwiej Ci je będzie znaleźć i ze sobą łączyć. Nieużywane ubrania nie będą cię już rozpraszać i wywoływać wyrzutów sumienia. 

Szybko odkryjesz, czego jakich ubrań ci brakuje, żeby tworzyć codzienne zestawy. Rzeczy, których braki odczuwasz najbardziej, to jest tak zwana baza. Najczęściej są to ubrania w naturalnych kolorach, o wszechstronnym zastosowaniu - szary pulower, beżowy kardigan, czarny golf... Stwórz listę brakujących elementów i zabierz się do dziergania / na zakupy. 

Po bardziej szczegółową listę odsyłam do książki Kasi Tusk - Elementarz stylu. Kasia stworzyła listy podstawowych ubrań, które powinny się znaleźć w każdej szafie w zależności od okazji (na co dzień, na biznesowe spotkanie, na wypad za miasto, na wielkie wyjście). Bardzo lubię tę książkę i często do niej wracam, kiedy mam poczucie, że odstępuję od obranej ścieżki i znów kupuję niezbyt potrzebne rzeczy. 


5. Uzupełniaj braki z rozsądkiem

Bardzo ciężko jest robić zakupy trzymając się ściśle naszej listy. Czasami zapomina się o jej istnieniu, czasami jakiś kolorowy ciuszek czy włóczka skusi nas tak bardzo, że się zagalopujemy i znów kupimy coś odjechanego, co zupełnie nam nie pasuje do codziennych zestawów. Jest jednak kilka zasad, którymi można się kierować, żeby ułatwić sobie cały proces i uchronić się przez nieprzemyślanymi zakupami:

- nie kupuj rzeczy, do której nie jesteś absolutnie przekonana - po prostu wyjdź z przymierzalni lub zostaw tę rzecz w koszyku sklepu internetowego i zamknij stronę. Założymy się że w 90% przypadków zapomnisz o niej następnego dnia? 

- nie kupuj pod wpływem impulsu - jeśli jakiejś rzeczy nie ma na twojej liście, odczekaj przynajmniej miesiąc lub dwa, zanim ją kupisz. Jeśli nadal o niej myślisz po dwóch miesiącach, najprawdopodobniej ci się przyda;

- przedkładaj jakość nad ilość - lepiej jest mieć jeden sweter z bardzo drogiego moheru niż trzy z moheru gorszej jakości, który cię mocno gryzie. Ten jeden, ukochany sweter będziesz nosić częściej, niż te trzy gryzące razem wzięte. Dobrej jakości rzeczy są drogie, ale z reguły są ładniejsze, wytrzymują dłużej, ładniej się starzeją (np. skóra, dżinsy) i w ostatecznym rozrachunku bardziej opłacalne;

- stosuj zasadę trójki - przy zakupie nowej rzeczy, włóczki na nowy projekt pomyśl o trzech różnych zestawach, jakie jesteś w stanie stworzyć z użyciem dotychczasowego stanu posiadania i ciuszka, który chcesz kupić/wydziergać. Jeśli pasuje ci tylko do jednej, jedynej spódnicy, nie kupuj go - pomyśl o czymś bardziej uniwersalnym.


6. Nie słuchaj innych ludzi i olej trendy

Powyższe porady prezentują prywatne poglądy ich autorki a nie prawdę o kosmicznym porządku wszechświata. Można się z nimi nie zgadzać i to też fajnie :) Jeśli się w czymś dobrze czujesz, to się w tym dobrze czujesz i już. Nikomu nic do tego. 

70 komentarzy:

  1. Post nawiązany do ostatniego mojego komentarza. Kilka nowych rzeczy się dowiedziałam.

    OdpowiedzUsuń
  2. Punkt drugi trafia w sedno problemów dziewiarskich. Jak łatwo zachwycić się jakimś wzorem i na tej fali kupić na niego włóczkę i wydziergać. Tylko co potem zrobić z chustą w kolorach tęczy, kiedy nosimy się na szaro-buro? Albo z pięknym swetrem z włóczki w ciapki kiedy nosimy rzeczy jednokolorowe? Włożyć do szafy i wyciągać raz na miesiąc, żeby podziwiać, ale nie założyć? Spruć szkoda, nie ma komu oddać - same problemy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że problem ze stylizacją dzianych obiektów jest głębszy, niż tylko nieprzemyślane wdrażanie trendów z ravelry ale pozwolę sobie zostawić ten temat na osobny post :)

      Usuń
    2. Czekam zatem z niecierpliwością na twóje przemyślenia na ten temat :)

      Usuń
  3. Super, że poruszasz ten temat i dzielisz się swoimi przemyśleniami. O capsule wardrobe słyszałam po raz pierwszy podczas dziewiarskiego spotkania z Paulą (polkaknits) i temat zainteresował mnie na tyle bym bez żalu pozbyła się części rzeczy, które były na mnie za małe po ciąży, albo po prostu zalegały niepotrzebnie w szafie trzymane tylko z jakiegoś dziwnego sentymentu. Natomiast zdefiniowanie własnego stylu to już osobny problem a okazuje się, że właśnie od tego powinnam zacząć. Tymczasem dziękuję za wskazówki - pozwoliłam sobie przepisać je do bullet journal, aby łatwiej było mi uporządkować myśli.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chętnie poczytam o Twoich postępach na blogu! Może do reaktywujesz? :)

      Usuń
    2. Kasia, ten własny styl to chyba najtrudniejsza sprawa. :p przynajmniej u mnie.
      Ciężko mi to określić jakkolwiek.
      Nie wiem kiedy i czy do niego dojdę, bo też jedno mam w głowie, drugie w planach a realnie jest jeszcze co innego - bo w sklepie to, w domu tamto a na drutach siamto.
      Więc piątka!

      Usuń
  4. No dobra...w środę wracam z urlopu i robię rewolucję w szafie... myślę, że około 50 % mojej garderoby podpada pod kategorię "pozbyć się tego". bo albo już nie pasuje, albo niewygodne albo zniszczone... dzięki za ten wpis... długa droga przede mną...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To trudna przeprawa, która się nie kończy na jednym dniu, warto być wypoczętym i w dobrym nastroju. Najlepiej zrobić to w jakiś wolny dzień, w którym nie będą cię rozpraszać inne obowiązki.

      Usuń
  5. Moją garderobę staram się trzymać w karbach. Nie jest to łatwe. Tak jak napisałaś, szkoda pozbywać się rzeczy, które są niezniszczone, dobrej jakości. Ciągła walka ze sobą. Najgorszy jest problem z włóczkami. Rzeczywiście czasami kupuję je impulsywnie. Może kupowałam. Teraz kupuję je bardziej świadomie. Jest mi trochę łatwiej, bo nie ma tu w Kuala dobrych sklepów, więc muszę zamawiać przez internet, albo przez znajomych, którzy nas odwiedzają. To wymusza zastanowienie się, czy ja aby na pewno potrzebuję tego koloru.
    Dzięki za ten nowy kierunek twojego bloga. Pozdrawiam:))0

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mi też się jeszcze zdarza kupować impulsywnie włóczki ale najważniejsza jest ciągła praca nad sobą ;) Moją wieczną bolączką jest kupowanie zbyt dużej ilości włóczki, nauczyłam się jednak sprzedawać nadmiar zaraz po skończeniu projektu. Nie kusi wtedy, żeby wykorzystywać ją "na siłę".

      Usuń
  6. Świetny temat. Mam ten etap mniej-więcej za sobą. Jeśli chodzi o dzianiny, to praktycznie od początku myślałam z czym to będę nosić i czy pasuje do mojej szafy. Dzieki temu aktualnie mam tylko, to co mi się podoba i wiem, że będę nosić. Takie podejście dało mi też siłę, żeby nie iść na kompromisy w sprawie ubrań. Nie kupuje niczego, co nie jest dokładnie takie jak potrzebuję. Myślę, że większość problemów z szafą jest związana właśnie z pewną bylejakoscią- coś jest prawie takie jak byśmy chcieli ale nie do końca. Polecam Chcieć mniej Katarzyny Kędzierskiej i Slow Fashion Joanny Glogazy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z blogami, które polecasz mam pewien etyczny problem i z tego powodu nie zdecydowałam się na ich podlinkowanie. Nie mogę się pozbyć wrażenia, że koncepcja minimalizmu na takich lifestylowych blogach nabrał zbędnej obudowy, która szkodzi głównej idei. Jeśli się spojrzy np. na blog Simplicite i punkty na liście 'Wyzwania minimalistki': "Uporządkuj gazetownik", "Zrób ćwiczenie wdzięczności", "Uporządkuj Facebooka" - wygląda to trochę jakby bogata warszawka bawiła się w minimalizm. Osobiście wolałabym skupiać się na popularyzacji zachowań konsumenckich, jakich uczy nas minimalizm, to jest odpowiedzialnego kupowania, odczarowania kultu więcej-drożej-lepiej - to jest społeczna misja minimalizmu, która powinna być w centrum każdego 'minimalistycznego' bloga, szczególnie w ekonomicznej rzeczywistości naszego kraju i w kontekście braku jakichkolwiek obowiązkowych zajęć z edukacji finansowej przez cały okres obowiązkowego nauczania. Innymi słowy, takie blogi powinny być dla wszystkich a nie jedynie dla tych których stać na gazetowniki za 700 PLN ;) Mam nadzieję, że rozumiesz, o co mi chodzi. Nie krytykuję tych blogów w ogóle ale mam im za złe tę otoczkę luksusu i ekskluzywności, którą mimo wszystko propagują.

      Usuń
    2. Ależ oczywiście rozumiem co masz na myśli. Mam podobne odczucia. Simplicite na początku było bardziej przyjazne. Teraz mam wrażenie, że wałkowane są te same tematy na milion sposobów. Mialam na myśli konkretnie książki a nie same blogi.

      Usuń
    3. Wszystko jasne! Książek akurat nie czytałam, niestety znam te panie tylko z ich blogów.

      Usuń
  7. Świetnie napisane! Ja długo miałam bałagan w ciuchach bo ciąża, karmienie, znów ciąża, znów karmienie a poza tym sporo przytyłam i zdecydowanie wolałam kupować rzeczy dla dziewczynek niż dla siebie. Ale jak skończyłam karmić Ninę to zrobiłam porządek w ciuchach. Dzięki temu szybko mogłam ubrać się rano co jest dla mnie najważniejszym atutem. Teraz zmienił się sezon i stoję właśnie przed uporządkowaniem garderoby także trafiłaś w dziesiątkę, jestem bardzo zmotywowana.
    Mam swój styl, wiem co lubię, kupuję ubrania dobrej jakości tylko mam trochę za dużo. Poza tym z doświadczenia wiem, że jeśli potrzebuję np. czarnych spodni to za nic nie mogę znaleźć w sklepach (generalnie nie lubię zakupów) a moje ulubione ciuchy prawie zawsze dorwałam na wyprzedażach/przypadkiem. Mam na przykład bardzo fajną sukienkę, z wełny merino, nawet ma metkę projektanta, super na zimę i jesień. Kupiłam ją... w maju, na Florydzie jak było 30 stopni w cieniu....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam ten sam problem i jeśli szukam konkretnej rzeczy, to zazwyczaj znalezienie jej w sklepach graniczy z cudem. Moje gabaryty nie ułatwiają tego zadania - w Polsce rozpaczliwie brakuje oferty dla niskich kobiet. A jeśli się jest niskim ale ociupinkę przytytym, jak ja, to już w ogóle koniec. Bo nawet jeśli jestem w stanie znaleźć koszulę, której rękawy nie są na mnie za długie, to nie wcisnę w nią ramion.

      Gdybym cokolwiek znała się na szyciu produkcyjnym to już dawno założyłabym firmę i teraz spałabym w łóżku wypchanym milionami polskich nowych złotych.

      Usuń
    2. Ogolnie mam wrazenie, ze wszystkie ubrania szyte sa na jeden "ksztalt" konsumenta. Dla mnie dla odmiany wszystko jest za krotkie. Rekawy przykrotkie, noagwki przykrotkie, a talia sukienki bolesnie cisnie w zebra. Szczerze mowiac to byl jeden z glownych powodow, dla ktorych zaczelam dziergac- marzenie o swetrze zaslaniajacym nadrarstki i ledzwie ;)

      Usuń
    3. po koszulę zajrzyj do biubiu albo do urkye (polskie marki) - nowa koncepcja bloga mnie zachwyca - porzadki w szafie juz dawno za mną, zyję z capsule garderobe od kilku lat, muszę się jeszcze nauczyć dziergać w stylu mnimalistycznym ;)

      Usuń
  8. Zgadzam się w całej rozciągłości z tym szumnym "określaniem własnego stylu", jednak w moim przypadku sprawdziło się zaczęcie od siebie (zanotowanie przez jeden sezon albo chociaż miesiąc, co faktycznie założyłam), niż od Pinteresta.
    Gdy zainteresowałam się capsule wardrobe, zaczęłam od trochę złej strony - dałam się złapać w pułapkę "rzeczy które każdy powinien mieć w szafie". Na takie listy często trafiają: biała koszula, szpilki, boyfriend jeans, mała czarna - w moim wykonaniu koszula, szpilki i żakiet leżą w szafie, na wypadek rozmowy o pracę - zakładanie ich na codzień jest całkiem nie w moim stylu, wybieram raczej bluzki bez guzików i bez prasowania, niż koszule i botki na obcasie, niż szpile (jeżeli już w ogóle chce mi się zakładać obcasy). Uwielbiam spodnie typu boyfriend, ale bez wzajemności - jakoś nie godzą się z moją figurą, lepiej mi w joggersach albo (o dziwo) mom jeans, które naprawdę ukradłam mamie.
    Cieszę się, że nie tylko ja zastanawiam się, jak te dziewczyny, które mają po 10 ciuchów, robią pranie :D Czekam na dalsze odcinki, szczególnie te odnoszące się do udziergów!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się ze stwierdzeniem dotyczącym tzw. must-have w szafie. Nie mam małej czarnej, nie mam marynarki, białej koszuli, ale nie odczuwam ich braku. Na rozmowę o pracę mogę ubrać bardziej elegancki sweter. Każdy musi stworzyć sobie własną listę must-havów i uzupełniać szafę wg niej.

      Usuń
    2. Listy must-have wymyślił sprytny marketingowiec, żeby nakłonić ludzi do kupowania ;) Nie ma jednej, uniwersalnej listy. Każdy ma swoją. Dla mnie jest to spódnica midi w stylu lat 50, cygaretki, jednolita góra i kurtka skórzana (idealnej jeszcze szukam).

      Usuń
    3. Listy must-have są bardzo pomocne, o ile się z nich rozsądnie korzysta. Mi bardzo ułatwiły budowanie garderoby i zrozumienie, czego w niej brakuje ale nie kupowałam np. rzeczy na wypady za miastem (nie uskuteczniam) tudzież na wielkie okazje (nie bywam). Wydaje mi się, że każdy może z nich coś wynieść, trzeba tylko z dystansem odnieść się do tego "must".

      Usuń
    4. Moim zdaniem zanim sięgniemy do takich list, czy też zaczniemy sami tworzyć je dla siebie, warto zrobić czystkę w szafie i poobserwować swoje zwyczaje ubraniowe przez sezon albo dwa. Często wydaje nam się, że będziemy coś nosić albo że coś lubimy/potrzebujemy, a potem okazuje się, że jakoś nawet mając capsule wardrobe złożoną 37 sztuk odzieży, założyliśmy daną rzecz raz albo wcale (to ja!)
      Na początku "kapsułkowania" dokonałam w ten sposób kilku nietrafionych zakupów i udziergów i założę się, że jeszcze parę wpadek przede mną - szczególnie wśród rzeczy, które wydziergam :)

      Usuń
    5. Tez tak uważam, dlatego umieściłam odniesienie do list 'musthave' dopiero na końcu punktu 4. :)

      Wydaje mi się, że nawet w super przemyślanej szafie zawsze trafi się rzecz którą nosimy bardzo rzadko albo wcale. Taki już urok kobiecych szaf :P

      Usuń
  9. Z wieloma punktami się zgadzam, a wybór stylu udziergów pod swoim kątem popieram szczególnie. W szkicach wpisów blogowych czekają moje przemyślenia na temat minimalizmu i gaderoby kapsułowej, może kiedyś dokończę... Ogólnie to mam wrażenie, że tak jak styl jest rzeczą indywidualną, tak też jest z drogą dojścia do niego. Rzadko da się to zrobić punkt po punkcie z czyichś porad / czyjejś książki. To są jedynie pomoce naukowe, by skupić się na tym, co istotne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście, tak jak pisałam, każdy musi do tego dojść własną drogą. Chętnie poczytam o Twoich przemyśleniach na ten temat!

      Usuń
  10. Sama prawda :)

    Jako tako ogarnęłam swój styl kilka lat temu i przestałam ubierać się usilnie w to (dobrze udało Ci się to nazwać) co chciałabym by leżało na mnie świetnie. Tak jak Ci mówiłam.... mega podoba mi się rustykalny, lekko farmerski styl, ale nie dość, że mi nie pasuje, to czuję się w tym okropnie... I na co to komu?:)
    Ale w zasadzie taka konkretna świadomość przyszła później. Wiele swetrów musiałam wydziergać zanim zrozumiałam co rzeczywiście chcę i lubię nosić. Jakie kolory są dla mnie najlepsze (i nie chodzi tylko o to w czym dobrze wyglądam, ale głównie o to, co faktycznie na sobie lubię).

    Dawniej zdarzało mi się kupić coś czego nie byłam pewna i potem oczywiście lądowało na dnie szafy. Od dłuższego czasu wolę... nie kupić wcale, niż kupić i żałować. Chyba wpada to trochę w natręctwo, ale wolę taką skrajność. Często po prostu wychodzę ze sklepów po kilku godzinach z pustymi rękoma.

    Systematycznie też robię czystki w domu, nie tylko w szafie. Biedny Mateusz musi walczyć o każdy "śmieć", ale jestem nieustępliwa. Nie znoszę nadmiaru rzeczy i całkiem naturalnie przekłada się to na zawartość mojej szafy.
    Ubrań mam dość mało, tak sądzę, ale kupuję już tylko dobre produkty. Na resztę szkoda mi czasu i energii. I kasy.
    Jak sobie pomyślę, że miałabym chodzić do sklepu częściej niż dwa razy w roku...


    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się w 100%, ja też mam czasami takie napady - siedzę w domu, patrzę na rzeczy dookoła i mam taką nieodpartą ochotę połowę po prostu wypierdolić... ;)

      Żądanie oddania lasu chciałam przemilczeć ale napiszę tylko #forgetit!

      Usuń
    2. Pozdrawiam ze środka takiego napadu - mam dzisiaj dzień wolnego na ogarnięcie rzeczywistości i właśnie z wielka satysfakcja zredukowałam liczbę pierdolek w dziecięcym pokoju o połowę #wyrodnamatka
      Teraz kolej na sypialnię, do tego chyba będzie potrzebna tabliczka czekolady...

      Usuń
    3. Moje dziecko jest w brzuchu, a ja już przewiduję problemy z ciuszkowym szałem obu babć :D zanim poznaliśmy płeć, zdążyłam dostać ze trzy różowe i falbaniaste cudaki.
      Korzystając ze zwolnienia lekarskiego, zrobiłam czystkę i m. in. wywaliłam z szafy wielki kłąb rajstop nie będących biodrówkami/pończochami/bawełniane i grube (nie znoszę tego uczucia przecinania na pół!). Zdumiewająco oczyszczające przeżycie :D

      Usuń
    4. Uwielbiam wywalać! :) Oczywiście nie wszystko idzie do kosza, wiele ubrań trafia do potrzebujących, a swetry najczęściej w ręce przyjaciół czy rodziny. Niemniej taka "pusta" szafa, regał, blat, czy inny kącik w domu, mnie bardzo satysfakcjonuje :)

      Ania, żadna wyrodna matka. Miejsce do rozwoju i zabaw im robisz :)

      Usuń
    5. Ha, też to uwielbiam, zwłaszcza tak jak dzisiaj - słoneczny jesienny dzień, dzieci w żłobku/przedszkolu a ja mam pół dnia na spokojne ogarnięcie przestrzeni. To światło i początek dnia daje mi dość zdecydowania, żeby przejść od "trzeba się tego pozbyć" do "pakuję do kartonu i wiozę tam gdzie mogę oddać".

      Martyna - ad dzieci i ubranka - polecam wydawać od razu jak wyrosną, a wyrastają szybko :) A zabawki - zauważyłam, e moje maluchy najlepiej bawią się tym, o niekoniecznie jest zabawką, więc kieruję się dewizą, że nadmiar zabawek zabija kreatywność. Dzisiaj spokojne zjedzenie przeze mnie śniadania sponsorowane było przez durszlak + słomki do napojów :)

      Marzena, Twój i Pimposzki post o komentarzach miał magiczne działanie, nie tylko czytam ale i piszę ;)

      Usuń
  11. Ja na ten miesiąc planuję właśnie to grzebanie w szafie... już się boję. Ale jednocześnie jakoś nie mogę się doczekać, bo potem zawsze jest jakoś lżej.
    Porządek we włóczkach też muszę zrobić, ale to jest chyba jeszcze gorsze od tych ciuchowych. :p
    Najlepsze jest lato i wiosna, wystarczy sama sukienka i buciki i gotowe, żadnych spodni, bluzek, swetrów i tony warstw do tego.
    Te 'must-have' to nie dla mnie - kojarzą mi się właśnie ze sztywną białą koszulą i szpilami. Więc gdybym musiała swoje 'codzienne' wskazać to pewno padłoby na dżinsowe spodnie i swetry, albo midi spódnice.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ludzie o pracy biurowej z pewnym określonym dresscodem (jak ja) muszą mieć białą koszulę i coś szpilkowatopodobnego, inaczej bardzo ciężko się ubrać np. na wizytację szefów z zagramanicy. Jeśli nigdy się nie siedziało za biurkiem ani nie ma się takich marzeń, to oczywiście można a nawet należy wykreślić ze swojej listy wszystkie bardziej formalne pozycje. Moim zdaniem nie należy ściśle przestrzegać żadnej takiej instrukcji - to tylko wskazówki a ty sama wiesz najlepiej, co jest dla ciebie a co nie.

      Usuń
    2. Całe szczęście moja biurowa nie ma dresscodu, uf uf. Chyba bym zamarzła i ze stresu nic nie zrobiła. Na sam widok marynarki mi już słabo, hihi.
      Ale jak ktoś ma i lubi to samo szczęście, odchodzą kolory, wybieranie zestawów itd.

      Usuń
    3. Ja musiałam się pogodzić z faktem, że przed 6 rano przerasta mnie nawet zapinanie guzików koszuli i konieczność założenia rajstop. Na szczęście, w mojej pracy obowiązuje robocze ubranie, więc mogłabym przyjść nawet w dresie :D

      Usuń
    4. Zazdroszczę. Ja musiałam kompletnie przeformułować swój styl i garderobę, tak żeby nadawała się zarówno do pracy o pewnym dresscodzie, jak i poza nią. Garsonki i kostiumy to nie jest mój styl (wyglądam w nich przekomicznie), mierziła mnie idea posiadania dwóch szaf (jednej do pracy a drugiej poza), musiałam więc znaleźć jakieś pośrednie rozwiązanie. W pracy balansuję niebezpiecznie na samym dole szczeble 'Smart casual' ale dzięki temu wszystkei swoje pracowe ubrania mogę też założyć w weekend i dobrze się w nich czuć. Ostatecznie wyszło mi to na dobre bo teraz ubieram się tak, jak zawsze chciałam wyglądać :)

      Usuń
  12. Porządki w szafach z ciuchami zrobiłam już jakiś czas temu, a motywacją była... zbiórka niepotrzebnych ubrań, pościeli itd. organizowana przez instytucję charytatywną. Oddałam ubrania, które były u mnie nawet jakieś 20 lat ;) A których oczywiście już nie nosiłam, choć były w dobrym stanie. A co do mojego stylu, to już dawno odkryłam, że ma mi być po prostu wygodnie. Dlatego najlepiej czuję się w dżinsach i swetrze, czy jakiejś dzianinowej bluzce. Nie przepadam za koszulami, marynarkami, spodniami w kant itd. Na szczęście nie muszę ich w zasadzie nosić, więc prawie zawsze ubieram się zgodnie z moim stylem ;) Ale wiem, że powinnam mieć więcej ubrań na szczególne okazje, tylko że ja tak strasznie nie lubię zakupów i przymierzania ciuchów...
    Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja tez unikam zakupów w galeriach - kilka lat temu przerzuciłam się na Zalando, zamawiam paczkę, przymierzam na spokojnie w domu, odsyłam to, co mi nie pasuje. 100 dni na zwrot bardzo się przydaje, jeśli chcę coś przemyśleć albo udać się do krawcowej z pytaniem, czy przeróbka tego czy tamtego jest możliwa.

      Usuń
  13. BRAWO! Fantastycznie ujęłaś to co od przeszło roku siedzi mi w głowie i na dodatek działam w tej kwestii. Pozdrawiam gorąco i życzę powodzenia w "nowym" blogowym świecie. Small Megi

    OdpowiedzUsuń
  14. Dzięki za świetny post! Dobrze, że pojawia się ujęcie "kapsułowości" też w odniesieniu do garderoby "handmade", bo niby wszystkie te zasady oczywiste, a jednak jak się poprzegląda Instagram to wygląda to tak, jakby wszyscy dziergali/szyli ubrania z kategorii "wystrzałowe" a nie do noszenia.
    U mnie ostatnie lata zrobiły bałagan w szafie, bo ciąża, karmienie, ciąża, karmienie... Na wiosnę przy powrocie do pracy zrobiłam czystkę, zwłaszcza że rozminęłam się rozmiarowo z wieloma ubraniami sprzed dzieci, a inne z kolei nie przeżyły próby czasu i uświadomienia sobie ostatnio w czym mi dobrze. Wciąż walczę z tym, co opisałaś w ostatnim akapicie pierwszego punktu - bardzo przemawia do mnie minimalistyczny, prosty styl, gdzie ubranie "robi" detal, struktura, szlachetny materiał, kształt, cięcie... Tylko jak to pogodzić z tym, że biała bluzka w pół godziny po wyjściu z pracy jest umazana małymi łapkami, a w butach na obcasach zapadam się w żwirku na placach zabaw :D Albo że płaszcz w super kształcie i bez zapięcia nie za bardzo zdaje egzamin podczas dojazdów rowerem.

    Kapsułowość teraz wychodzi mi trochę mimochodem - od maja, gdy odkryłam szycie, nie kupiłam żadnych ubrań, a nawet jak znajdę chwilę żeby coś pomacać w sklepach, to ropuszczona kaszmirem i jedwabiem we własnych udziergach nie mam ochoty przepłacać za poliestrowe spodnie. Teraz pora na to, żeby dokładnie przejrzeć swoje plany na Ravelry i zdecydować co udziergać z kategorii "będę nosić", a które z włóczek przerobić z przyjemnością na "na prezent".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie też dzierganie nauczyło przykładać większą wagę do jakości tkanin i teraz po prostu nie kupuję ubrań ze sztucznych tkanin. Czasami skuszę się na coś gorszej jakości, ale szybko znika to z mojej szafy - kilka miesięcy prania w pralce i po sprawie.

      Co do szpilek zapadających się w żwirku, już dawno uskuteczniłam trick, który podpatrzyłam u pań w Londynie. W metrze każda kobieta miała na sobie garsonkę + sportowe buty, szpilki zazwyczaj upychały w torebce albo zostawiały w pracy.

      Usuń
    2. Dobry patent z tym obuwiem zmiennym, tylko ja do tej pory robiłam na odwrót, bi w pracy sporo chodzę między biurkiem a laboratorium. Więc chyba pozostanę przy stanowisku, ze dla mnie szpilki tylko na wyjątkowe wyjścia (z wiekiem się robię coraz bardziej wygodna) :)

      Usuń
  15. hej, ciesze sie, ze jestes. Ciesze sie, ze piszesz o rzeczach waznych.
    Troche mi zazgrzytalo, kiedy napisalas, ze do biura nie powinno sie chodzic w awangardowych swetrach, ale moze to po prostu biuro, a biuro.
    Wlasnie siedze przy biurku (korpo, jako zywo) w czarnych jeansach i jaskrawo zielonym swetrze, w ktorym wczoraj bylam na wypadzie za miasto. Kolorowe tatuaze wystaja tylko latem;)
    Ale tak na powaznie, to bardzo podoba mi sie Twoje rozroznienie "jak chcialabym moc" od "jak bym chciala" wygladac. I tez obserwuje brak tego w dziewiarskim swiecie. Mi dziewiarstow daja wlasnie mozliwosc dodania do moich "basicow" awangardowych dodatkow w takich formie i ilosci, jak mi pasuje.
    Za to mam ogromny problem z kupowaniem- dokladnie wiem, czego chce- znam kroje, mam dobrze okreslone wymagania gatunkowe, ale nie jestem w stanie tego kupic nigdzie. Sieciowki ofruja w wiekszosci jakosc, ktorej nie akceptuje, zas wyprawa do jakis mniejszych sklepow tez konczy sie fiaskiem, bo oni oferuja 2 modele jeansow, wiec szansa, ze trafi sie "moj" jest mala.
    Jestem chyba na etapie na ktorym problem jest zdiagnozowany,tylko nie widze drogi rozwiazania. Mam mase rzeczy, ktore mi nie odpowiadaja w szafie, ale nie moge ich wyrzucic, bo nie jestem w stanie kupic czegos na ich miejsce. Wiec nosze je regularnie z grymasem na twarzy. ech...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak myślałam, że niektórym to zazgrzyta, ale to tylko moja opinia i nie każdy musi się z nią zgadzać. Zresztą, tak jak napisałaś są biura i biura, ale ile tych biur, tyle zasad odnośnie ubioru (a ile pracowników biurowych, tyle opinii odnośnie tego, co wypada a co nie).

      Usuń
    2. jasne, ze kazdy ma prawo do opinii i fajnie, ze mozemy o tym podyskutowac:)
      Ogolnie mam wrazenie, ze w Polsce biura maja znaczne sztywniejszy dresscode, niz w Holandii, gdzie mieszkam. Nawet w biurach mojej firmy to widze. Choc w kontekscie mojego biura dosc spokojnie mozna mowic o braku dresscodu;)

      Usuń
    3. Myślę, że jest to kwestia bycia tą "tańszą lokalizacją". W korporacjach w Polsce pracownik musi cały czas udowadniać, że jest równie dobry i profesjonalny co niemiecki/szwajcarski/brytyjski szef, stąd ten krochmal. Z drugiej strony nasze szwajcarskie biuro to 100% business professional. Nigdy nie widziałam mojego szefa bez krawata ;)

      Usuń
  16. I jeszcze jedna rzecz przyszla mi do glowy- nie moge sie oprzec wrazeniu, ze w koncepcji "capsule" zawsze w teorii mowi sie o rzeczach, w ktorych nam dobrze i ktore sie dobrze ze soba lacza, ale wszyskie (???) pokazywane przyklady sa bardzo neutralne, bezkolorowe i basic. A przeciez rzeczy kolorowe tez moga sie ze soba laczyc, kroje mniej basic tez pasuja do siebie. Wciaz szykam minimalistki, ktora na pytanie "w czym czujesz sie najlepiej" nie zaczyna odpowiedzi od "w prostych fasonach i neutralnych kolorach"- widzialas moze taka?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, wydaje mi się, że neutrals/basics królują w szafach minimalistek z powodu ich wszechstronności. Jeśli komuś prawdziwie zależy na ograniczeniu ilości ubrań w szafie a jednocześnie pozbyciu się problemu, że coś do siebie nie pasuje, to taki wybór jest najprostszy i najoczywistszy. Ostatecznie moim np. celem jest wyciągnięcie rano jakichkolwiek spodni, jakiejkolwiek gory, narzuceniu jakiegoś dodatku i niewyglądanie jak bałwan jak skończę. Neutralne kolory i proste formy zapewniają tę wszechstronność, ciężko popełnić gafę.

      Z drugiej strony są osoby (nazwijmy je artystycznie rozwiniętymi), które mają naturalną łatwość w łączeniu kolorów i dodawaniu smaczków do swoich codziennych stylizacji. Te osoby często mają swój, czasami bardzo wyraźny, styl i mogę sobie pozwolić na więcej. Mam koleżankę, która z powodzeniem zakłada na siebie trzy różne printy na raz i wygląda jak z wybiegu, kiedy ja nie potrafię dodać nawet jednego do swojego ubioru i nadal wyglądać sensownie. Myślę, że trzymanie się neutrali zmniejsza szanśe wyglądania jak pajac cyrkowy i dlatego wiele osób o ograniczonych umiejętnościach stylistycznych się ich trzyma.

      Usuń
    2. Ja, mimo usilnej potrzeby posiadania "mniej a lepiej" wcale nie lecę w neutralne kolory, bo do mnie nie pasują. Zrezygnowałam jednak z jaskrawych kolorów bo źle się w nich czuję. Ale moja szafa to pastelowe róże, zielenie i odrobina żółci. Znajdzie się coś jeszcze, ale właśnie przygotowuję post o szafie i wychodzi, że większość jednak w podobnych klimatach :) Ale dzięki temu faktycznie większość do siebie pasuje.

      Usuń
    3. Wlasnie chodzi mi troche o cos takiego, jak Marzena opisuje, albo o taka "nutke pazura".
      Bo mam wrazenie, ze w kapsule chodzi o to, zeby z jednej strony bylo tych rzeczy niewiele i wszystko ze wszystkim ladnie, ale z drugiej projektowane kazdej zaczyna sie od pytania: w czym czujesz sie najlepiej. Jesli ktos odpowiada w neutralnych basicach, to troche jak szostka w totka, bo sprawa jest poniekad z glowy (przynajmniej na poziomie definicyjnym, wiadomo, ze wdrozenie to osobna historia).
      Mam w szafie duzo basicow, bo swietnie lacza sie w tym odwaznymi pojedynczymi sztukami (najlepszy zakup na sezon letni: intensywnie zolte szwedy) i jak czasem "przez przypadek" wyjde z domu od gory do dolu taka neutralna, to jest mi z tym bardzo niekonfortowo. A wydaje mi sie, ze z taki preferencjami dalej warto budowac, jesli nie kapsule, to chociazby zrownowazona garderobe.
      Absolutnie nie krytykuje ani koncepcji, ani Twojej jej interpretacji. Chodzi mi o troche o to, zeby wyjsc z tej banki, gdzie wydaje sie, ze wszyscy chca tego samego.

      Usuń
    4. Marzena jest dla mnie ewidentnym przykłądem artystyczne rozwiniętej osoby i wcale mnie nie dziwi, że ma swój własny styl :) Po tym co piszesz, wnioskuję, że też masz takie zacięcie, dlatego cię mierzi noszenie tego co inni, wyglądanie tak samo jak inni.

      ja się czuję komfortowo w neutralnych kolorach i minimalistycznych krojach, bo ciężko jest coś w tym spierdolić. Wychodzę więc z domu pewna, że w najgorszym przypadku wyglądam przeciętnie, ale nie jak pajac ;)A to już sporo!!!

      Usuń
  17. Swietny artykul,ciesze sie ze podjelas sie tego wyzwania.Dla mnie najwiekszym problemem jest okreslenie stylu, poniewaz jestem jak kameleon😉lubie zmieniac"kolory".jednego dnia wbilabym sie najchetniej w gajer i "wytapetowala" po kokardy,a drugiego wyszlabym w stylu"na olimpijczyka" z "zero make up" 😉.u mnie ubior idzie w parze z samopoczuciem i czesto jest w stanie stan emocjonalny zmienic.Przykladowo gdy mam dola, miekki, otulajacy, kolorowy,badz w odpowiednim kolorze,sweter potrafi zdzialac cuda. Dodatkowo gabaryty nie ulatwiaja sprawy.Ja rozumiem ze po 3 dziecku figury Twiggy nie powinnam sie spodziewac ale nadzieja umiera ostatnia, a zagladajac w czelusci mojej szafy w glowie wciaz zapala sie neon pod tytułem "jak schudne".Nawet nie dziergam za duzo dla siebie,chyba ze szale,skarpetki,czapki,bo one zawsze pasuja😜 marzy mi sie wygladac dobrze w udziergach i generalnie ciuchach,ale tez mam wrazenie,ze projektanci nie biora pod uwage roznych typow budowy kobiet.Ja na przyklad tyje na tzw.Bizona,wiec przymierzajac bluzke ktora pomiesci ramiona i biust wygladam jakbym zalozyla namiot.
    Mam jeszcze jeden problem z kompletowaniem szafy i wogole z kupowaniem odziezy.Nie rozumiem dlaczego wieksze rozmiay sa,najczesciej,szyte z wszelkiej masci sztucznosci, niepozwalajacej oddychac skorze.Nawet wiskozy sa tak marnej jakosci,ze nie dosc, iz ulegaja skurczeniu po praniu to nie pomagaja w utrzymaniu odpowiedniej temp ciala (jak na roslinne wlokna przystalo-mam na mysli glownie chlodzenie).Niektore bawelny sa w dotyku jak poliester i rowniez noszenie ich daje wrazenie zalozenia na siebie worka fololiowego.
    Koniec wynurzań😜,chociaz wciskajac przycisk publikujacy artykul, na pewno zdawalas sobie sprawe,iz poruszy on wiele serc kobiecych i zaowocuje morzem komentarzy 😉
    Koniec koncow, zainspirowalas mnie do dwoch rzeczy
    1.poczytac o stylach i sprobowac nadac jakies ramy swojemu
    2.zrobic czystki w ciuchach i pozbyc sie uczucia przygnebienia otwierajac szafe i widzac te wszystkie rzeczy,ktorych nie moge nalozyc.
    Takze dziekuje bardzo za podzielenie sie myslami i czekam z zapartym tchem na kontynuacje.A teraz zmykam spacyfikowac szafe,ale tez raczej z ciuchami rozmawiac nie bede😜

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedyś czytałam, że te ciuchy nie pasują, bo wszystkie są szyte na modelkę w rozmiarze zero (czyli najczęściej wysoką, chudą i płaską), tylko większe. A jak ktoś jest dupiasty, biuściasty albo umięśniony, to ma problem.
      Z kolei plus size'y i odzież ciążowa mają krój namiotu! Dramat!
      Popieram refleksję o beznadziejności materiałów - dodałabym jeszcze przekręcające się szwy.
      Rozczarowaniem sezonu są dla mnie sportowe koszulki ze sportowych sklepów (w przedziale cenowym 60-100zł), które powinny być ze sportowego, oddychającego poliestru, a przegrywają z koszulkami z bawełny z Decathlona za 19,99zł.

      Usuń
    2. @MammaBu - szczerze mówiąc nie spodziewałam się takiej ilości komentarzy pod tym postem. Myślałam że przejdzie bez odzewu, to ten temat (capsule wardrobe czy jak go tam zwał) był wałkowany co najmniej tyle razy, co skandynawskie wystroje wnętrz. Nawet w trakcie pisania miałam wątpliwości, czy nie ptrzestać (tak z 5 razy), bo nie mogłam się pozbyć wrażenia, że nic odkrywczego tu nie ma. Gdyby nie Marzena, która mi kazała napisać coś o szafie, ten post by w ogóle nie powstał :P
      Powodzenia w pacyfikowaniu szafy! Trzymam kciuki za udaną operację :D

      @Martyna, a ja uwielbiam namioty i noszę je na co dzień. Jeśli zajdę w ciążę, to naprawdę nie będę musiała wiele dokupić :D

      Usuń
  18. Bardzo pożyteczny wpis :) Ja od dość dawna - i w przypadku zwykłych ubrań, i w przypadku udziergów, kieruję się paletą kolorystyczną odpowiednią dla mojej karnacji, wskazówkami dotyczącymi sylwetki oraz treścią metek. Potrzebuję i lubię mieć rzeczy naturalne. W związku z tym pozbyłam się mnóstwa rzeczy z szafy i co jakiś czas robię porządki. No i też stawiam na jakość, a nie ilość, co skutkuje małą liczbą robótek ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, ze jesteś zadowolona ze swojej garderoby!
      Ja akurat odeszłam od krojów wskazanych do mojej sylwetki i kolorów pasujących do karnacji, bo nie czułam się w nich dobrze. Całe życie przeżyłam myśląc, że nie mogę nosić mszystych i oliwkowych zieleni bo przecież mam oliwkową karnację... a teraz to po prostu chrzanię i noszę :)

      Usuń
    2. A u mnie z kolorystyką akurat było na odwrót. Miałam większość garderoby w kolorach, które w połączeniu z jasną cerą po prostu mnie "rozmazywały" i czyniły niewidoczną. Nie miałam świadomości tego faktu, dopóki nie zobaczyłam palety zdecydowanych, chłodnych, laboratoryjnych barw dobranych przez stylistkę. Stąd rewolucja w mojej szafie. Pozbyłam się czerni i zostawiłam tylko kilka rzeczy w beżach, bo czasem są takie sytuacje, że nie można lub ubrać się w ulubione, widoczne kolory ;)

      Usuń
  19. Mądre rzeczy piszesz. Szkoda tylko, że czasem trudno wprowadzić go w życie.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciężko mi się odnieść, bo nie wiem jakie trudności masz na myśli. Wydaje mi się, że każdy musi znaleźć własną drogę.

      Usuń
  20. Bardzo, naprawdę bardzo dobry wpis! Muszę pokonać samą siebie i wyrzucić to, co leży czy wisi w szafie i czeka na cud. Cud nie nastąpi, a jeśli - to masz rację - kupię sobie nowe ciuchy! Spodobała mi się zasada trójki - muszę wdrożyć. Bo zdarza mi się kupić coś, co pasuje tylko do jednej rzeczy...
    Działajmy zatem!
    Pozdrawiam cieplutko!
    Asia

    OdpowiedzUsuń
  21. Przede mną remont mojego pokoju, może przy pakowaniu uda mi się wprowadzić w życie chociaż część tych mądrych zasad.

    OdpowiedzUsuń